Myślęcin droga polna
Wycieczki

Słony gród

Jedziemy drogą wojewódzką 500 z Elbląga w stronę Pasłęka, ale nie wjeżdżamy na S7. Zamiast tego zjeżdżamy na Gronowo Górne, a potem dalej wąską drożnyną po prawej stronie cały czas mając ekspresówkę.

Za Gronowem mijamy żwirownie, aż w końcu przed nami pojawia się piękny wiadukt, którego wjazd jest oznaczony znakiem Nowina – Objazd. Skręcamy w lewo i już po chwili jesteśmy po drugiej stronie S7-emki. Tu jedziemy prosto, aż drogę zagradza nam spory ceglany dom, gospodarstwo i tory. Dalej jechać się nie da.

Wysiadamy więc. Mijamy budynek który pamięta pewnie błękitną armię Hallera i przechodzimy przez tory. Za nimi ciągnie się dróżka wyłożona betonowymi płytami prowadząca prosto jak strzelił wśród zielonych jeszcze pól. Idziemy więc. Słońce praży niemiłosierne, a w tym nizinnym, żuławskim terenie o cień nie jest wcale łatwo.

Nawigując przy pomocy Google Maps ciągle zastanawiam się czy skręciliśmy w dobrą stronę. Jest tak jasno, że mimo ustawień na maksa na komórce nic nie widać. Muszę zakładać bluzę na głowę by coś na niej zobaczyć. Wyglądam wtedy jak dziewiętnastowieczny fotograf robiący zdjęcie.

Droga zawija. Mija kilka rzek, a może kanałów. A może jedno i drugie. Potem płyty się urywają i zaczynamy iść po zwykłej polnej drodze. Wokół teren jest podmokły, a przecież ostatnio pada. Ślizgamy się więc na błocie, przeskakujemy kałuże, a nawet haratamy sobie łydki o jakieś kozłki, czy inne rdesty.

Jeszcze jedna czy druga rzeka której na mapie zdawało się nie być (musi, to jednak kanał nawadniający) i zdaje się, że jesteśmy u celu. To chyba tu. Jest jakieś gospodarstwo. Pies strasznie ujada (przypomina Alfa z tego serialu). Wygląda na to, że to będzie tu. Sprawdzam jeszcze raz Google Maps. Patrzę między drzewami. Tak! Trafiliśmy! To tu! Nareszcie! Tak długo czekałem, żeby wreszcie tu przyjechać!

Przed nami jest… pole. Zwykłe pole obsiane pszenicą.

Drogowskaz na Nowinę
By odnaleźć Truso trzeba zboczyć z głównej drogi.

Nie musicie dzwonić po karetkę. Autor tego wpisu nie dostał jeszcze szmergla. Przynajmniej nie takiego, żeby dzwonić po karetkę. W tym miejscu bowiem, nie zawsze było pole. Tam gdzie teraz kłoszą się zboża, we wsi Janów (względnie Janów Pomorski), tuż obok jeziora Drużno stał kiedyś wielki gród. Nie byłoby w tym nic dziwnego, (wielkich grodów przeca w Polsce jak mrówków) gdyby nie fakt, że ten akurat zamieszkiwali Wikingowie i… leżał nad morzem.

Archipelag Wiślany

Dziś nic już nie wskazuje, że w tym miejscu stało cokolwiek wyższego niż miedza. Siatka pól i kanałów tworzy plątaninę w której zgubić się łatwiej niż w gąszczu rządowych nowelizacji. Teren niespecjalnie eksploatowany turystycznie (a szkoda bo piękny) nie sprzyja pieszym wędrówkom. O oznaczeniach z resztą nie wspominając, chociaż w zeszłym roku na Google Maps pojawiło się piękne oznaczenie „Truso – port i osada wikingów”. Szkoda tylko, że celuje w wody jeziora Drużno, ale może jest w tym jakiś chichot losu. Truso było przecież zwane „Atlantydą Północy”(?)

Dzieje podelbląskiego grodu faktycznie nadają się na hollywoodzki film, albo przynajmniej dobrą powieść (jedna już powstaje, o czym niżej). Najpierw mieliśmy 400 lat poszukiwań osady (nie przesadzam, już w XVI w. starano się dociec gdzie leżała), potem badania archeologiczne na wielką skalę, a na koniec spektakularne odkrycie w latach osiemdziesiątych XX w. A najciekawsze jest to, że w ogóle nie wiedzielibyśmy, że taki gród istniał, gdyby nie podróż jednego Anglosaskiego żeglarza, który postanowił sprawdzić co jest na krańcu świata.

Okolice Truso współcześnie
Dziś trudno uwierzyć, że te pola mogą skrywać tajemnice sprzed tysiąca lat.

Śmiałek ów zwał się Wulfstan i w ostatnim dziesięcioleciu IX w. wybrał się w podróż z Haede, (znanego miłośnikom wikingów jako Hedeby, a obecnie Haithabu) właśnie do Truso. Nie wiemy dokładnie jaki cel mu przyświecał, ale nie jest wykluczone, że podróż odbyła się z rozkazu króla Wessexu Alfreda Wielkiego. Tenże włączył relację Wulfstana do redagowanej przez siebie Chorografii Paulusa Orozjusza, żeby uzupełnić jej niekompletną część geograficzną. Tak, wiem że jest to jasne jak głęboki Mordor, więc w telegraficznym skrócie: Alfred znalazł stary przewodnik po Europie. Przewodnik był fajny, ale trochę zdezaktualizowany, no i nie uwzględniał Europy północnej. Król (będąc sporym intelektualistą) stwierdził, że „wyda” go raz jeszcze dopisując zaniedbane kierunki. Wysłał więc w podróż swojego człowieka żeby przywiózł mu relacje z pierwszej ręki. Wulfstan oczywiście zadanie wypełnił i dzięki temu mamy jeden z najstarszych opisów ziem polskich w historii.

A teraz zatrzymajmy się na chwilę. Mamy koniec IX w., o Polsce nikt jeszcze nie słyszał, a jakiś gościu przyjeżdża sobie w okolice Elbląga, żeby zobaczyć jak tam jest. Ergo. Pierwszy w świecie Brytyjski turysta nad Wisłą!

Czy zachowywał się z równą kurtuazją jak dzisiejsi Brytyjczycy w Krakowie? Na ten temat relacja milczy niestety. Za to sporo bardzo ciekawych rzeczy dowiemy się z niej o stanie wód gruntowych Żuław. Okazuje się bowiem, że Zalew Wiślany był wtedy o wiele większy i stanowił ogromną zatokę. W zależności od rekonstrukcji na zachód mógł sięgać nawet do Stegny, zaś obecne jezioro Drużno było bądź po prostu dużo, dużo większe, bądź praktycznie stanowiło część wspomnianej zatoki. A czemuż to zatoki spytacie? Czemu zalew nie był po prostu zalewem? Ano temu, że dzisiejsza Mierzeja Wiślana była wtedy jedynie pasmem wysp (podobnie z resztą jak Hel) między którymi można było swobodnie przepływać. Tak. Ekolodzy mogą zacząć czerwienić się ze złości – przekop Mierzei Wiślanej to tylko przywrócenie jej pierwotnego, bardziej naturalnego wyglądu;)

No dobrze. Wiemy już co to był za jeden ten Wulfstan. Po co do nas przypłynął i że fajnie wyglądały wtedy Żuławy. A co z samym Truso? Co pisze na jego temat? Otóż nie za wiele. Praktycznie stwierdza, że dopłynął i zabiera się za opisywanie ziem i zwyczajów Prusów, którzy wtedy zamieszkiwali Wysoczyznę Elbląską (prawdziwy turysta). Co do samego grodu więcej niż źródła pisane powie nam o nim archeologia.

Ożywiona legenda

Kiedy w XVI w. oksfordzki geograf Rychard Hakluyt uwzględnił Truso w swoim dziele o historii żeglugi europejscy badacze zaczęli zachodzić w głowę gdzie mogło leżeć legendarne Truso. Intensywna uprawa roli i liczne powodzie sprawiły, że po znamienitej osadzie nie pozostał nawet ślad. Zagadkę rozwiązał dopiero elbląski archeolog Marek Jagodziński, który na początku lat 80tych ustalił jej lokalizację. Szeroko zakrojone badania trwały w tym miejscu jeszcze niedawno, dając nam porządną dawkę wiedzy na temat stanowiska.

Gród wikingów w Truso powstał w IX w., kiedy już wcześniej istniejącą, sezonową osadę otoczono wałem. Powstało wtedy tzw. emporium, czyli osada o charakterze obronnym której mieszkańcy trudnili się głównie handlem. Czym handlowali? Pewnie czym się dało, ale do filarów ich gospodarki należało głównie żelazo, bursztyn i sól od której ośrodek wziął prawdopodobnie swoją nazwę (od prus. Truskas – sól). Z pewnością sprzedawano tu też produkty spożywcze oraz… niewolników (na co nie ma jednak jednoznacznych dowodów). Porównując jednak z innymi ośrodkami tych czasów i źródłami pisanymi z epoki, to ostatnie jest bardzo prawdopodobne i oznacza, że był to ośrodek dużej rangi.

O tym, że nie mówimy tu o pierwszym lepszym ryneczku świadczy fakt, że pozostałości grodu rozciągają się na przestrzeni przeszło 20 ha., co dzisiaj nie brzmi oszałamiająco, ale w owych czasach musiało robić wrażenie. Wystarczy porównać przybliżony zasięg Truso z okolicznymi wioskami. Bez problemu zmieściłyby się w nim trzy Janowy Pomorskie, co jak na ośrodek sprzed 1000 lat jest imponujące.

Przybliżona lokalizacja Truso
Gród w Truso miał przeszło 20 ha. Tu widać jego przybliżony rozmiar i lokalizację. Linią przerywaną oznaczono dawną linię brzegową jeziora Drużno. Obecną widać na zdjęciu po lewej.

W środku mieliśmy gęstą siatkę ulic (częściowo wykładaną drewnem, tak że nie w kij dmuchał!) i gęstą zabudowę. W dzielnicy najbliżej nabrzeża stały długie wikińskie domy tak charakterystyczne dla mieszkańców północy, a w basenach portowych odkryto wraki kilkunastu łodzi. Całość otoczona była wałem ziemnym w którym prawdopodobnie znajdowało się kilka bram.

Jednym słowem, metropolia, że ho! ho! Aż dziw, że dziś praktycznie nic z tego nie zostało i w miejsce gdzie stał jeżdżą tylko takie freek’i jak ja z Hanią. Korzystając z okazji muszę się wam do czegoś przyznać. Ja właściwie nie pojechałem tam z własnej woli. Musiałem tam jechać ponieważ… piszę powieść która dzieje się w Truso! No właściwie to na terenie całej Zatoki Gdańskiej, ale Truso odgrywa w niej sporą rolę. Będzie się nazywać Jarki Głaz i powinna ukazać się w ciągu najbliższych dwóch lat.

Widzicie więc, że konieczność rzucenia okiem na to o czym się pisze skłania czasem człowieka do snucia się po wertepach. Jeśli jednak wy nie tworzycie przypadkiem niczego o wczesnym średniowieczu, nie musicie narażać się na takie niewygody. W Muzeum Archeologicznym w Elblągu znajduje się bowiem wspaniała wystawa prezentująca materiały z badań na grodzisku. Można tam zobaczyć np. bursztynowe pionki do gry w hnefatafl (wikińskie szachy w które można też na miejscu zagrać), fragment kompasu słonecznego (kto oglądał The Vikings ten wie o co chodzi), a nawet pozostałości praktyk magicznych jak słynny pierścień zamknięty w rozdzielaczach pasa i pełniący prawdopodobnie rolę amuletu.

A dla tych dla których nawet podróż do muzeum w Elblągu stanowi zbyt duże wyzwanie mamy wizualizację grodu stworzoną pod okiem naukowców z muzeum. Można ją zobaczyć na yt, o tutaj:

Wizualizacja Truso pozwala nam się przenieść do grodu zaginionego w odmętach czasu.

Kończąc naszą podróż wybraliśmy się jeszcze na spacer po okolicy która obfitowała w niespodzianki. Chociaż w jeziorze Drużno nóg nie mogliśmy zamoczyć bo wschodni brzeg obficie porastają szuwary (przy okazji jego nazwa pochodzi właśnie od Truso;), ale bez moczenia się nie obyło;) Podczas włóczęgi po polach natrafiliśmy na kanał odwadniający którego nie było na mapie. Przez chwilę wahaliśmy się czy nie zawrócić, ale jak się szybko okazało, była przez niego przerzucona kładka. Deski wprawdzie poszarzały już, ale wyglądały dosyć dobrze i po sprawdzeniu nogą dawały jaki taki opór. Uznaliśmy więc, że można iść dalej, a ja, jak na domorosłego samca-przewodnika przystało, stwierdziłem, że przejdę pierwszy żeby sprawdzić wytrzymałość (ważę tak o 1/2 więcej od Hanii, więc pomysł teoretycznie był dobry;).

Biorę więc plecak, przerzucam przez kanał, a sam powoli włażę na dechy starając się jak najmniej czasu spędzić na środku. Jeden krok, drugi i hyc! jestem po drugiej stronie! Bułka z masłem! Ja przeszedłem to i Hania da radę nie? Prawda?… Ano nie prawdaXD Hania wchodzi na deski. Minę ma niewyraźną i staje w jednej trzeciej. Mówię jej „Dasz radę. To chwila pięć. Oddychaj i się nie spinaj” Mina Hani nadal wskazuje, że nie jest przekonana. Myślę sobie „Przecież stać tak wiecznie nie może, bo to zaczyna się robić niebezpieczne. No to mówię jej „Postaw nogę na tej zewnętrznej, mniej wygiętej desce. Ona na pewno jest wytrzymalsza…”

Jak chlupnęła w wodę! Mi serce stanęło. Jej serce stanęło. A tu się okazuje, że rów ma pół metra głębokości. Hania wrzeszczy jakby ją ze skóry obdzierali, po czym zorientowała się, że ma wodę do kolan. Zaczęła się śmiać i wyszła nawet nie czekając na moją pomoc. Potem jeszcze sama mi przypominała, żebym o tym napisał.

Włócząc się po polach widzieliśmy zające i sarnę która wdzięczyła się przed nami, jakby wiedziała, że będzie w internetach. Chcieliśmy nawet zwiedzić pobliskie, pruskie już grodzisko w Myślęcinie, ale współczesna zabudowa domków jednorodzinnych skutecznie nam to uniemożliwiła.

Niemniej teren jest urzekający (nie licząc pękających kładek), szalenie ciekawy i wart jeszcze wielu wycieczek pieszych bądź rowerowych. Wart też tego by jadąc do lub z Elbląga spojrzeć czasem w bok na monotonne pola i pomyśleć, że kryje się pod nimi niezwykła historia żeglarzy i grodów które pochłonął czas.

Janów widok na j. Drużno
Jezioro Drużno zobaczyliśmy jedynie z wiaduktu nad drogą ekspresową. Jego zarośnięte brzegi nie sprzyjały moczeniu nóg.
Zające Myślęcin
W drodze mieliśmy kilka miłych niespodzianek. Jedną z nich były kicające po łące zające.
Sarna na polu Janów
Sarenka wcale się nas nie bała. Przeciwnie, skakała tylko w tą i z powrotem jakby chciała byśmy obfotografowali ją ze wszystkich stron.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *