Nowak na drodze
Galeria Duchów Niespokojnych

40 000 km cyklicznej podróży

W obliczu paraliżu któremu poddała nas tzw. epidemia, zapraszamy was w podróż nie tylko w przestrzeni, ale i czasie. Nowa kategoria „Galeria Duchów Niespokojnych”, przybliżać ma w naszym zamiarze sylwetki wielkich polskich podróżników. Niezwykłe osobowości które dokonywały rzeczy niemieszczących się współczesnym w głowach i inspirowały pokolenia.

Naszą galerię zaczynamy od człowieka, który choć żył sto lat temu dokonał wyczynu, którego dotąd nikomu nie udało się pobić. Jako jedyny na świecie przejechał Afrykę wzdłuż (od Libii do RPA), w te i z powrotem na… rowerze. A żeby było „śmieszniej” działo się to w latach 30-tych XX. Poznajcie Kazimierza Nowaka.

Nasz bohater urodził się 11 stycznia 1897 r. w miejscowości Stryj na Podkarpaciu, choć całe życie związany był z Poznaniem. Od małego ciągnęło go w świat. Po raz pierwszy wyjechał za granicę w wieku lat 15… i to sam! Celem wyprawy był Watykan i jak można przypuszczać eskapada mu się spodobała, bo podróżować nigdy nie przestał. Jako dorosły człowiek zjeździł rowerem cały kraj przy okazji realizując swoją drugą poza podróżami pasję – fotografię. To właśnie jego zdjęcia, których miał zrobić jakoby ponad 10 000 (i to w czasach kiedy trzeba było wymieniać film w aparacie, a jedyne łole ze zdjęciami były w domach;) rozsławią później w świecie poznańskiego podróżnika.

Jednak te pierwsze wyprawy dalekie są od ekstrawagancji. Prawdziwy szał podróżowania, miał bowiem przyjść na skutek zmiany dość nieoczekiwanej.

Przez kryzys jednośladem

Po pierwszej wojnie światowej Kazimierz zamieszkał w Poznaniu. Znalazł tam pracę jako urzędnik biurowy i ożenił się z Marią Gorcik, do której w przyszłości będzie z afrykańskiego lądu słał piękne, czułe listy. Świetnie zapowiadającą się karierę przerwał jednak wielki kryzys, który w latach dwudziestych sparaliżował światową gospodarkę. Kazimierz przez wiele miesięcy bezskutecznie szukał pracy, aż w końcu by wyżywić rodzinę (miał syna i córkę) postanowił wyruszyć w podróż rowerem jako korespondent kilku gazet i fotograf.

Pomysł okazał się trafiony. Rodzina zarobiła pieniądze, a on przemierzył jednośladem Węgry, Austrię, Włochy, Belgię, Holandię, Rumunię, Grecję, Turcję. W 1927 r. dotarł do ogarniętej wojną Trypolitanii w Afryce północnej, ale stan zdrowia i brak funduszy nie pozwolił mu jechać dalej. Wtedy jednak powziął postanowienie, że na Czarny Ląd kiedyś wróci.

Okazja po temu trafiła się dopiero kilka lat później w roku 1931. Wtedy to, po udaniu się pociągiem do Włoch i zaokrętowaniu w Neapolu na statek wyruszył w stronę libijskiego wybrzeża. Tak zaczęła się jego najsłynniejsza i najdłuższa w jego życiu podróż. Podróż, która w przyszłości stanie się inspiracją dla tysięcy podróżników, a dla niego samego okaże się tragiczna w skutkach.

Co czuł żegnając się wtedy z Europą? Czy zdawał sobie sprawę, że osiągnięcie zamierzonego celu zajmie mu tyle czasu? Czy rozumiał w jak niebezpieczną wyruszył wyprawę? Przyznaje, że nie znam się na realiach wielkiego kryzysu, ale aż w głowie mi się nie mieści by taki wyczyn był wtedy jedynym sposobem zapewnienia bytu rodzinie. Jeśli więc chęć zysku nie była jedyną motywacją, to co nią było? Odpowiedzi na to pytanie udzielił chyba sam autor w pierwszym reportażu pisząc:

„Zdawałem sobie sprawę, że przedsięwzięcie jest nie tyle śmiałe, co szalone, chęć poznania Afryki była jednak zbyt wielka, bym mógł się jej oprzeć”

Zawsze kiedy czytam o wyprawie Nowaka zastanawiam się nad tym co myślała o tym jego żona. Kazimierz z pewnością darzył ją uczuciem (w czasie podróży nazwał jedną ze swoich łodzi jej imieniem), chęć ucieczki z domu należy tu więc wykluczyć;) Nie mniej kobieta, która dowiaduje się, że ojciec jej dzieci zamierza wyruszyć w podróż trwającą kilka lat, na najdzikszy kontynent świata i to bez broni, nie może być zachwycona. Jak więc zniosła to Maria? Nie dowierzała? Starała mu się to wyperswadować? Ciskała w niego talerzami? A może na odwrót. Wspierała, podsycała zapał i chętnie pojechała by z nim gdyby nie dzieci? Biorąc pod uwagę, że Maria nieustannie wspierała męża wysyłając mu z kraju pieniądze, filmy do aparatów, opony i inne imponderabilia, musiała mu kibicować. Sądzę więc, że laur wielkiego podróżnika należy się nie tylko samemu Kazimierzowi, ale i jego małżonce bez której całe przedsięwzięcie nie mogłoby się udać.

Wróćmy jednak do samego Kazimierza, którego zostawiliśmy na brzegu libijskim mającego przy sobie, jak sam twierdził „kilkanaście złotych, pióro, aparat fotograficzny, rower i sporą ilość silnej woli”. Zestaw prawdziwie ascetyczny, jak na podróż przez 40 000 km.

Nowak pyta o drogę
W Libii każda oaza stanowiła moment wytchnienia i możliwość zapytania o drogę.

Kolonialna sztafeta

Pierwszym krajem, który odwiedził była Libia. Tu mimo miłych początków w Trypolisie szybko przekonał się w jak niebezpieczną wybrał się podróż. Podczas blisko miesięcznej wędrówki przez pustynie, niemal nie skonał z pragnienia. Często głodował i nim wydostał się z tego kraju kilkukrotnie zmieniał ubrania i buty, które… zwyczajnie się na nim rozpadały. W Libii też mało nie oślepł od białego jak śnieg piasku. Ledwie widząc dotarł do oazy, w której… właśnie znajdował się lekarz-okulista! Medyk przyjechał z Rzymu leczyć włoskich żołnierzy i akurat wizytował stacjonujący opodal oddział.

„Dziękowałem Bogu za to, że zdążyłem na czas do oazy. Byłem, bądź co bądź, na progu śmierci. Gdybym o godzinę wcześniej zaniewidział, nigdy bym nie znalazł drogi pośród pustyni”

Żołnierze włoscy byli tam zaś nie przypadkiem. W Libii w owym czasie… trwała wojna! Miejscowi Tuaregowie wzniecili powstanie przeciw Włochom. Z tymi pierwszymi Kazimierz stanął nawet oko w oko. Podczas jednego z postojów nagle opadła go chmara jeźdźców kierując w niego lufy karabinów. Powstańcy przeszukawszy jego bagaże i nie znalazłszy ani broni, ani wody na których im zależało… oddali mu własny zapas dorzucając jeszcze mąkę, daktyle, herbatę, a nawet kawał cukru! Gdy tylko skończyli, na horyzoncie zamajaczył włoski oddział. Powstańcy pierzchnęli zostawiając go na pustyni zupełnie samego.

Wojna libijska zmusiła też Kazimierza do zmiany trasy. Zamiast ruszyć wprost na południe musiał odbić na wschód, do Egiptu.

Tam podróżował po terenach gęściej zaludnionych, w czym jednak nie upatrywał zalety. Narzekał na ogromne cła i samowole policjantów. Musiał ustawicznie bronić się przed zaczepkami Beduinów, których jego niezwykły środek transportu przyciągał jak lep muchy. Zwłaszcza Kair odmalował w barwach jeżących nam włosy na głowie:

„Rozpusta szaleje. Są dzielnice, że w każdym budynku dom rozpusty, szulernia, tajna palarnia opium czy haszyszu, kokaina, morfina i spijana butelkami whisky. Gdy w taką uliczkę zapuści się człowiek nie zgniły moralnie uwierzyć wprost oczom nie morze. Bo przecież, że dojrzali kapią się w bagnie rozpusty – trudno! – ale wszędzie usługują chłopcy młodzi i dziewczątka i już tak wcześnie gnić poczynają”

U bram Sudanu musiał nieoczekiwanie wsiąść do pociągu. Miejscowe władze nie pozwoliły mu bowiem samotnie jechać przez pustynię motywując to względami bezpieczeństwa. Tak więc jedną trzecią kraju spędził podziwiając widoki za oknem. Dalszą podróż mimo uciążliwego klimatu (hordy komarów i ulewne deszcze) Nowak wspomina bardzo dobrze. Sporo czasu spędził tu w towarzystwie włoskich misjonarzy, a nawet sam był za takiego brany. Musiał wtedy wysłuchiwać nieustannych popisów znajomości pacierza i kredo, prowadzonych w tubylczych językach, z których oczywiście nie rozumiał ni słowa. W tym kraju przeżył jedną z najniebezpieczniejszych przygód podczas całej podróży. Pewnego razu, wędrując nocą przez zarośla został napadnięty przez lwa! Życie uratował mu oszczep podarowany przez miejscowych, który w ostatniej chwili wbił w szyję zwierzęcia.

Nowak na sfinksie
Zmiana trasy chyba wyszła mu na dobre ponieważ zabytki Egiptu opisuje bezbrzeżnym zachwytem.

W Kongu Belgijskim trafia na porę deszczową, która stanowi poważne utrudnienie. Nie tylko nie może jechać, ale odbija się to również na jego morale:

„Jeżeli nasza polska jesień należy do przykrych, to deszcze tutejsze są wprost piekłem, a towarzyszące im burze podzwrotnikowe nie tylko ujemnie działają na układ nerwowy, ale chwilami wywołują wręcz letarg psychiczny”

W tym kraju po raz pierwszy przechodzi malarię. Chorobę, która złoży piętno na całym jego przyszłym życiu. Gdy mija pora deszczowa podróż staje się możliwa, ale nie łatwiejsza. Drogi zostały bowiem kompletnie rozmyte przez deszcze, a wycieńczenie organizmu chorobą daje się we znaki. Żeby było ciekawiej tereny przez które przejeżdża należeć mają do ludożerców. Widuje ludzkie czaszki używane jeszcze jako czerpaki do wody. Notuje też przedziwne rytuały takie jak wybijanie zębów gotowym do zamążpójścia dziewczynom. Bierze udział w polowaniu na słonie.

W tym kraju po raz pierwszy od dwóch lat ma też okazje zobaczyć śnieg. Choć klimat jest równikowy na wysokich Górach Księżycowych bielą się lodowce. Tęskniąc za białym puchem wyprawia się na szczyt Ruwenzori. Co ciekawe okazuje się, że gorzej znosi spotkanie z mrozem, niż jego czarni tragarze. Murzyni brodzą w śniegu po kostki nic sobie z tego nie robiąc. Na szczyt jednak nie wchodzi. Warunki nie pozwalają. Ale noc spędzona wśród śniegów – bezcenna.

Dalsza droga wypada przez busz. Kilometrami musi przedzierać się przez zarośla. Często całymi dniami nie widzi żywej duszy. Wysłużony rower sprawuje się coraz gorzej. Kazimierz pewnej nocy niemal tonie w bagnie starając się dotrzeć do następnej wioski nim jej mieszkańcy położą się na spoczynek. W nocy, żaden Murzyn nie otworzy drzwi przybyszowi obawiając się, że ten jest mściwym duchem.

W Rodezji nie jest łatwiej. Przedzierając się przez pustynie niemal ginie z pragnienia. W poszukiwaniu wody kopie doły tak głębokie, że ich ściany nie raz osypują mu się na głowę. Gości u Burów, którzy ratują mu życie gdy podczas burzy dostaje malarycznego ataku. Gospodarze zapewniają, że może z nimi zostać tak długo jak zechce, ale niespokojna natura Kazika każe mu przeć do przodu gdy tylko poczuje się lepiej. Święta spędza na stepie. Jest pełnia lata.

W Związku Południowej Afryki życie ratują mu… żyrafy! Kiedy leży złożony kolejnym atakiem malarii i nie jest wstanie nawet „zagotować herbaty”, traf chce, że biegnące nieopodal przewody telegraficzne zostają zerwane przez te wielkie zwierzęta. Żyrafy po prostu się o nie czochrają. W obliczu tak poważnej usterki na miejscu pojawia się ekipa remontowa i odkrywa podróżnika na łożu boleści. Znów podratowany i podleczony mknie w dalszą drogę. Odwiedza Johanesburg i Kiberley gdzie zachwyca się drapaczami chmur (kilkunastopiętrowymi;). W drodze na południe przyłącza się do karawany wozów. Starzy rolnicy okazują się emigrantami, weteranami Wojen Burskich którzy opowiadają mu o tragedii ich rodzin wymordowanych przez Brytyjczyków.

„Anglicy zwyciężyli. Nie było to jednak zwycięstwo oręża angielskiego lecz pospolity mord, o którym nie decydowało nawet dowództwo armii angielskiej, lecz nieznane moce finansjery międzynarodowej, której szło o posiadanie przebogatych wówczas kopalń złota koło Johannesburga”

Jego rozmówca, stary Bury, stracił rękę w walkach, zaś jego żona została zamęczona w angielskim obozie koncentracyjnym.

W końcu dociera na Przylądek Igielny. To najdalej wysunięty na południe kraniec afryki. Dalej to już tylko Atlantyk, a za nim Antarktyda.

Udało się. Jako pierwszy (jak sam zauważa „pewnie nie ostatni”) cyklista z Polski przemierzył całą Afrykę wzdłuż rowerem. Zajęło mu to ponad dwa i pół roku.

1 maja 1934 rusza w drogę powrotną.

Nowak na Przylądku Igielnym
Na Przylądku Igielnym spędził 3 dni, Mimo pięknych widoków oceanu doskwierała mu samotność, a serce rwało się do powrotu.

W Afryce Południowo-Zachodniej w końcu staje się nieuniknione. Rower rozpada się na części.

„pozostały mi zaledwie dobre polskie opony i rama, ale te części nie dają przecież całości”

Nieoczekiwanie z pomocą przychodzi mu Polak, Mieczysław Wiśniewski, który… czekał na niego od dwóch lat! Potomek Kraka śledził trasę naszego podróżnika w polskich gazetach i gdy tylko ma okazję zaprasza Nowaka do siebie. Gościna ta okazuje się kluczowa dla dalszej podróży, przede wszystkim, dlatego, ze Kazimierz otrzyma od swojego gospodarza dwa konie Rysia i Żbika.

Od tej pory podróż rowerem zmienia się w western, zwłaszcza, że Nowak wkrótce wymienia cherlawego Żbika, na ogiera o imieniu Cowboy.

W siodle przemierza 3000 km. Wtedy to znów przesiada się na rower pożyczony od… Zamoyskich. Możny ród ma plantację w Angoli na której Kazimierz spędza miesiąc, jak sam to określił – wakacji. Nie długo jednak dane mu jest być cyklistą. Nad rzeką Kassai zamienia rower na łódź, którą chrzci mianem „Poznań I”. Nazwa nie przynosi mu widać szczęścia bo łódź roztrzaskuje się na katarakcie Kauete. Dalej musi więc iść pieszo. Dopiero po kilkuset kilometrach nabywa nową łódź i tą chrzci daleko szczęśliwszą nazwą „Maryś”, na cześć ukochanej żony.

Nowak na łodzi Maryś
Nowak na łodzi Maryś
Nowak z Uelim
Nowak z Uelim

Na granicy Konga Belgijskiego i Francuskiej Afryki Równikowej znów przesiada się na rower i mknie nim, aż do jeziora Czad. Władze francuskie nie chcą pozwolić mu na samotną podróż przez pustynię i zalecają dołączenie się do karawany celem zgromadzenia odpowiednich zapasów wody. Na takie dictum Nowak kupuje dromadera, najmuje poganiaczy i formuje własną karawanę z którą rusza w pustynię. Na rozkołysanym grzbiecie Ueli (tak się zwie dromader) spędza niemal pół roku. Pod koniec tego okresu przechodzi najcięższy atak malarii podczas całej podróży. Jego przewodnik prosi go o napisanie oświadczenia, że nie on, a sam Allach zabił polskiego podróżnika. Atak jak wiele przed nim, przechodzi jednak. Następnego dnia Kazimierz już jest w siodle. W Ugarla 1000 km od Algieru, z ciężkim sercem sprzedaje Ueliego którego nazywa „jedynym przyjacielem”. Za wielbłądem na targ idzie większość dobytku i polski Quatermain po raz ostatni przesiada się na rower, który towarzyszył mu dotąd na grzbiecie dromadera. Została ostatnia prosta. Niemal czuć powiew znad Morza Śródziemnego.

Powrót i sława

25 listopada 1936 r. osiąga Algier. Jest wigilia piątej rocznicy jego przyjazdu do Trypolisu. Spędził w Afryce niemal pięć równych lat. Przejechał cały kontynent wzdłuż tam i z powrotem, w zdecydowanej większość na rowerze. Sztuka, która nie udała się nikomu przedtem ani potem.

Do Polski wraca jako człowiek sławny. Na peronie w Poznaniu witają go wielbiciele. Wygłasza odczyty na temat etnografii ludów afrykańskich, które cieszą się ogromną popularnością. Zwłaszcza bogata kolekcja fotografii (przeszło 10 000) przyciąga swoją wyjątkowością. Dzisiaj oglądając je nie można oprzeć się wrażeniu, że patrzymy na rzeczywistość która dawno już odeszła w niebyt.

Równie przejmująca jest jego relacja pisemna, zachowana w tysiącach listów i reportaży do gazet, która dopiero przed kilkunastu laty została opracowana i wydana w formie książki przez Łukasza Wierzbickiego (Kazimierz Nowak, Rowerem i pieszo przez czarny ląd. Listy z podróży afrykańskiej 1931-1936, Wydanie VII, Poznań 2013).

Lektura tego tekstu porusza w człowieku jakąś czułą strunę. Bezmiar pustyni, wybujała roślinność tropików, gwałtowność rzek i monumentalizm masywów górskich stają jak żywe przed oczami i kuszą by samemu podjąć podobny trud.

„Wśród niebotycznych gór lotnego piasku Sahary czy też na wyschłych dnach gigantycznych jezior taka nirwana głuchej ciszy panuje, że słychać, jak krew bulgoce w sercu, jak się przelewa w żyłach, słychać osuwający się miał piasku z okolicznych wydm”

„Wokół dżungla rozbrzmiewa setkami głosów. Rechot żab przerywa na chwilę potężny ryk żerujących lwów, to znów dolatuje gwara ptactwa spłoszonego przez dzikiego kota. Poza tym cisza rozkoszna, ani warkotu maszyn, ani nic, co by przypominało o cywilizacji, która tak szarpie nerwy i z młodych ludzi czyni starców ducha”

Mnie jednak, bardziej niż piękne opisy przyrody, w jego relacji uderzają spostrzeżenia na temat człowieka. Nowak z celnością godną reportera obmalowuje świat swojej epoki, którego interesy, żądze i obawy skupiają się w Afryce jak w soczewce. Dyskryminacja, wyzysk, nadmierna eksploatacja środowiska, wojna i ponadpaństwowe interesy to motory napędowe tego świata. Świata. który uważnemu czytelnikowi nie wyda się wcale dużo inny od naszego.

„Mimo ogromnych ceł ochronnych coraz to nowe okręty japońskie wyrzucają miliony ton wszelkiego towaru (…) Modne, miłe i tak tanie, że aż trudno zrozumieć jak można było za tak niską cenę rzucić towar na odległe rynki Afryki”

Niektóre spostrzeżenia wręcz szokują trzeźwością oglądu. Chociażby to poczynione w Belgijskim Kongu, że rząd objął słonie ochroną z powodu… niskich cen kości słoniowej w dobie kryzysu! Takie regulacje miały na celu stworzenie rezerwuaru surowca na „lepsze czasy”. Motywacja, która współczesnych ekologów mogłaby przyprawić o zawał serca.

Swoją drogą, założę się, że w belgijskich podręcznikach do historii data wprowadzenia ochrony wypisana jest złotymi zgłoskami, jako przykład dalekowzroczności w myśleniu ekologicznym. Jakże cienka granica dzieli altruizm od interesu.

W jego obserwacjach zawsze wiele miejsca zajmuje ludność miejscowa i sposób jej traktowania przez kolonizatorów. Niektóre spostrzeżenia odnośnie Czarnej Afryki zdają się być wyjęte rodem ze współczesnego reportażu członka Amnesty International czy UNICEF:

„Do ‚inwentarza’ kopaczy czy poszukiwaczy złota należały czarne mieszkanki okolicznych wiosek, często dwunasto- lub trzynastoletnie dziewczęta, nabyte za kilkaset franków od rodziców, które gdy, już się sprzykrzą przechodzą z rąk do rąk, by skończyć w którymś z portowych miast afrykańskich w domu publicznym jakiegoś chciwego Hindusa”

Albo Greenpiece:

„Jeśli chodzi o polowania, rzeczywiście masowe ubijanie bawołów i antylop jest dla białych myśliwych nie lada interesem. Rocznie zezwolenie na odstrzał kosztuje 250 franków, zaś ze sprzedaży ubitej zwierzyny ludzie ci zarabiają dziennie 500 lub więcej franków”

„Każdą sztukę oblicza się przed strzałem na kilogramy i franki. W porze suchej podpala się półkolem suche na wiór trawy i zajmuje stanowiska dogodne do strzału, by strzelać salwami do przerażonej zwierzyny uciekającej w panice wprost na lufy przedsiębiorczych morderców”

Zwłaszcza kolonie angielskie wypadają mało chwalebnie w jego opisach.

„Tu, na wschodzie jedyną rozrywką duchową jest masowo dowożona przez Anglików whisky. Ceny alkoholu są bardzo przystępne, by ludność jak najbardziej znieprawić. Oto polityka kolonialna!”

Skąd my to znamy, prawda? A w innymi miejscu pisze:

„Wielokrotnie słyszałem od Anglików, iż wstyd przynoszę białej rasie, gotując sobie herbatę, samodzielnie rozstawiając namiot. Ich zdaniem czynności takie powinni wykonywać służący (…) Uważali oni rower za przyrząd dobry dla boja (…) ale biały człowiek na rowerze to hańba!”

Kolonializm jawi mu się jako opresyjny system ciemiężenia ubogich, który nie tylko wyzyskuje, ale również posiada własną rozbudowaną propagandę.

„Każde dzieło traktujące o koloniach jest napisane przez ludzi związanych sekretem służbowym i przechodzi przez tak silną cenzurę zainteresowanych, że jeżeli na tych dziełach ktoś studiować chce Afrykę, zna ją jeszcze mniej od tych, którzy nic o niej nie czytali…”

Ale krytyka nie omija również i rdzennych mieszkańców Czarnego Lądu. Włosy na głowie czytelnika nie raz stawia opis wszechogarniającego brudu, za równo Arabów jak i Murzynów.

„Wstają rano, wziąwszy na głowę pękate naczynie i czerpak, idą ku takiemu dołowi, a nim napełnią naczynia, myją w tej samej wodzie swe ciała. Toteż proszę wyobrazić sobie, jak smakuje taka „woda”…”

Arabowie to nierzadko agresywni zbóje. Murzyni zaś, choć serdeczni i niemal naiwni często okazują się niesłowni, leniwi i żarłoczni:

„Tutejszy Murzyn to duże dziecko. Wystarczy przypatrzyć się co robią z pieniędzmi w dzień wypłaty. Idą do sklepów i kupują cokolwiek kolorowego bez specjalnej potrzeby: chustki ze sztucznego jedwabiu, biżuterię z kauczuku, korale, przywożone z Europy stare ubrania, lusterka, łańcuszki, wszelką możliwą tandetę. Biorą płacąc każdą żądaną cenę.”

Swoją drogą ciekawe co znany podróżnik powiedziałby widząc pokolenie swoich prawnuków w galerii handlowej;)

Na koniec zabawne spostrzeżenie o Żydach. Tak. Im również dostało się w tym afrykańskim tyglu. Mamy początek lat 30-tych. Hitler własnie doszedł do władzy. Choć o obozach zagłady nikt jeszcze nie słyszał, to stosunek Führera do Narodu Wybranego jest wszystkim doskonale znany. Nowak notuje:

„Żydzi dzięki doskonale zorganizowanej samopomocy poruszają się po świecie zadziwiająco łatwo. ‚W jedności siła!’ – Żydzi nie tylko tak mówią, ale i postępują. Hitlera nazywają tu z przekąsem dobrodziejem idei syjonistycznej, on bowiem sprawił, że rodzina Izraela, uciekając przed prześladowaniami, rozmnożyła się cudownie po całym niemal świecie”

Jak widać nawet w obliczu prześladowań Narodowi Wybranemu zdarzało się śmieszkować. Od żartów nie stronił również sam podróżnik. Opuszczając Egipt zanotował:

„Może list następny ciekawszy będzie, może nawet uda mi się zrobić zdjęcie, jak lew zjada mnie na śniadanie”

Zapomnienie i nieśmiertelność

Kazimierz Nowak umarł 13 października 1937 r. Niemal rok po powrocie do kraju. Trafił do szpitala z powodu zapalenia okostnej. Tam nabawił się zapalenia płuc. Wycieńczony afrykańską malaria organizm nie wytrzymał. Został pochowany na cmentarzu Matki Boskiej Bolesnej na poznańskim Górczynie.

Krótko po jego śmierci otwarto wystawę z pamiątkami z jego podróż, a sponsorujący go Stomil zorganizował wyścig kolarski na jego cześć. Potem jednak wybuchła wojna, a gdy się skończyła o poznańskim podróżniku nikt już nie pamiętał.

Dopiero pierwsze wydanie książki Łukasza Wierzbickiego przypomniało Polakom wielkiego obieżyświata. Od tego momentu zapanowała jednak absolutna nowakomania, która trwa do dziś.

O sławnym Poznaniaku powstają komiksy i książki dla dzieci. Jego imieniem nazywa się szkoły, a w latach 2009-2012 odbyła się wielka wyprawa jego śladami, w której wzięło udział ponad 150 osób z Polski i innych krajów.

Jego wkład w naszą wiedzę o Czarnym Lądzie był nie do przecenienia. Nie rzadko w danym miejscu pojawiał się jako biały. Jego zdjęcia i opisy etnograficzne są nieocenionym źródłem dla antropologów, a spostrzeżenia na temat natury ludzkiej, mimo upływu lat wciąż są w pełni aktualne.

Myślę, że najlepiej scharakteryzował Nowaka Ryszard Kapuściński odsłaniając tablicę poświęconą jego pamięci na dworcu Poznań Główny.

„Pokazał, że jeden biały człowiek, nieposiadający żadnego uzbrojenia, a jedynie wiarę w drugiego człowieka, może przebyć samotnie wielki kontynent, i to w czasach, gdy Europa zaczynała dopiero odkrywać Trzeci Świat”

Myślę, że to właśnie jest największa wartość podróży Kazimierza Nowaka. Przekaz, że duch obdarzony niezachwianą wolą morze przemierzyć ogromne odległości, pomimo niebezpieczeństw, nędzy i chorób. Może wznieść się ponad to i osiągnąć cel, jak absurdalnie wielki by on nie był.

Takiej wytrwałości życzę wam wszystkim.

Kazimierz Nowak
Kazimierz Nowak 1897-1937

Na koniec zamieszczamy jeszcze kilka z setek niesamowitych zdjęć podróżnika. Wszystkie fotografie pochodzą z Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Nowak na Ruwenzori
Ku szczytom Ruwenzori
Nowak na Uelim
Na Uelim
Na rzece
Przez rzekę.
Nowak z Niemcem
W ’36 pozdrowienie hitlerowskie mogło wyglądać zabawnie.
Nowak szuka wody
Szukając wody musiał nieraz kopać tak głęboko, że ściany dołu osypywały mu się na głowę.
W buszu
Nowak zasłynął dokumentując życie autochtonów.
Na targowisku
W wielu miejscach rower był prawdziwą sensacją.
Antylopa
Choć krytycznie wyrażał się o safari Europejczyków, sam musiał czasem polować by przeżyć.
Na Sacharze
Na Saharze miejscowy strój okazywał się często dużo praktyczniejszy od europejskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *