Lotnisko Ciampino
Wyprawy

Rzymskie wakacje cz. 11 – Pożegnanie

Piątek jest naszym ostatnim dniem. Dniem odlotu. Można by więc pomyśleć, że nie ma tu co opisywać. Ale nie do końca. Wieczne miasto lubi zaskakiwać i nie tak łatwo wypuszcza tych których przyjęło w swoje objęcia. Zupełnie niczym wielka, ślicznie pachnąca rosiczka;P

Ale po kolei. Budzimy się rano, żeby po raz ostatni rozkoszować się fenomenalnym śniadaniem które zapewniała nam gospodyni. Niby nic. Nasz hostel był mieszkaniem, więc nie było co tam profesjonalnej kuchni, a wszystkie potrawy były paczkowane. Nie mniej wszystko (może z kilkoma wyjątkami starych ciasteczek, no ale co zrobić biznes is biznes) było świeże, a kilka rzeczy naprawdę fenomenalnie dobre. Zacznijmy od kawy którą, wprawdzie w maszynce z kapsułek, ale dzień w dzień, osobiście robiła gospodyni. Wstaliśmy o szóstej. Pyk. Baba pojawia się nie wiadomo skąd i z uśmiechem robi nam kawę. Wstajemy o dziesiątej, to samo. Zawsze uśmiechnięta i zawsze na miejscu. A kawa, jak przystało na Włochy, niebo w gębie. Do tego codziennie świeże owocki, ciasteczka, grzaneczki, masełko i krem de la krem, musli, którym zajadałem się jak głupek i którego miseczka jak w jakiejś cholernej reklamie dawała mi energie na cały dzień. A było tak smaczne, że na śniadanie nie jadłem nic innego. Prawdziwe niebo w gębie.

Tego dnia smakuje nam jak nigdy. Wiemy, że nie będzie nam dane już tego spróbować więc staramy się przeżuwać trochę dłużej niż normalnie. Jakby staranniej. Jest wcześnie. Mamy lot dopiero o 14.00. Taksówką jest to pół godziny, więc mamy jeszcze trochę czasu na „pożegnanie się” z Rzymem. Możemy więc albo zobaczyć miejsce nowe, nieodznaczone jeszcze na naszej mapie, albo wrócić do jakiegoś starego, ale jeśli tak to do którego? Pierwsza wybór jest prosty. Nowe miejsce to szukanie wejścia, płacenie za bilety, nerwowe przyglądanie się zabytkom z zegarkiem w ręku. Odpada. Ale powrót na stare śmieci to co innego. Tylko gdzie? Widzieliśmy przecież tyle pięknych miejsc. Patrzymy na siebie i wybór nagle okazuje się taki prosty. Jest tylko jedno miejsce, gdzie jest cudownie, można iść za darmo i czuliśmy się tam najlepiej w całym Rzymie…Tak dobrze myślicie. To piękne, urokliwe miejsce to najsłynniejsze miejsce zwycięstwa totalitarnego teokratycznego reżimu, nad nowożytną swobodą myśli. Symbol okrucieństwa inkwizycji i bestialstwa rodem ze średniowiecza.

Campo di Fiori
W ostrym południowym słońcu wszystkie uśmiechy wyglądają jak niedowład umysłowy.

Na Campo di Fiori jedziemy autobusem. Dziś kompletnie brak czasu na romantyczne spacery. Hania smutna i przez to trochę podenerwowana. Ja też myślami jestem już na lotnisku i pragnę już trafić na plac i „wypić” go ile się da, zanim, niby jakieś dziecko grające wieczorem w piłkę z kolegami, mama zawoła i trzeba będzie iść do domu.

Zastanawiam się który to przystanek (Hania oczywiście twierdzi, że już przejechaliśmy), kiedy ni stąd ni zowąd słyszymy polską mowę. „A dokąd Państwo jedziecie?” dźwięk polskiej mowy zaskakuje mnie bardziej niż można by przypuszczać. „Na Campo? To na następnym?”. Gościu po pięćdziesiątce uśmiecha się do nas. Nie wygląda na turystę. Zapytany odpowiada enigmatycznie, że tu nie mieszka, ale często bywa. Wysiadamy i pędzimy jak strzała. Już jest. Już krzyczy wrzawą dziesiątek gardeł. Tym razem chcąc do reszty nasycić się tą atmosferą siadamy sobie w knajpce której naganiacz już wczoraj nam się spodobał. Sama knajpka przypomina mi krakowską Alchemie, więc jest jeszcze milej. Siadamy przy stoliku z widokiem na świeckiego świętego (oczywiście znowu jest rano i wszystkie zdjęcia zakonnika są do jasnej ciasnej pod światło!).

Jest cudownie. Wspaniale! Po prostu cholerna chwilo trwaj! Jest mi tak dobrze, że postanawiam napisać wiersz. Biorę serwetki, pożyczam długopis od przemiłej kelnerki i tworzę. Ten wiersz oczywiście trafił potem na pocztówkę która poszła do mojego domu rodzinnego.
Hania ma zaczątki depresji. Snuje plany typu „Jeśli zajmiesz się sprzedażą kijków do selfie, to początkowo można żyć w kartonie, ale przynajmniej zostaniemy tu „NA ZAWSZE!”.

Ja szczerze powiedziawszy też mam niezłego doła, ale staram się go obłaskawić pisząc wiersz. Piszę sobie w najlepsze. To światło. Pomnik. Uśmiechnięci ludzie. Zaraz na tej serwetce powstaje arcydzieło, gdy nagle… Nie wiadomo skąd do mojego ogródka podchodzi stary przepity dziad ze skrzypami i zaczyna grać. Coś jak nasi Romowie z harmoszką w tramwajach. Ale jak on gra! Skrzypki były chyba nastrojone ostatnio w ’79. Rzępoli jakby chciał w ten sposób wypędzić wszystkie rzymskie szczury. Walczę z całych sił, ale to już koniec. Wspaniała wena prysła niczym mydlana bańka. Najpierw mam ochotę rzucić w grajka filiżanką, potem chce się rozpłakać (no bo przecież ostatnie nasze chwile! Czy nie może po prostu być pięknie?), a potem dociera do mnie, że przecież to też jest Rzym! Szpalerem przechodzą mi przed oczami wszyscy naciągacze, naganiacze, opychaczeselfie, bezzębne baby i głodujący czarni imigranci którzy nie spojrzą na trzy euro! Wszyscy oni krążą w jakimś makabrycznym tańcu, rechocząc jak pijani nad moim uwielbieniem piękna.Macham ręką i kończę wiersz w stylu rubasznej groteski.

Robi mi się lżej. A pal sześć to wspaniałe miasto gdzie kawa czasem smakuje jak olej, toalety nie mają desek, gdzie zwiedzanie muzeów jest jak zombie walk, spaghetti jest niedogotowane i każdy próbuje cię orżnąć na każdym kroku.

Wracamy z Campo z nieco lżejszym sercem, choć ciągle czai się w nas melancholijna nuta. W tramwaju. Jakaś Włoszka łypie na nas jakbyśmy mieli wypchane czymś kurtki, a na twarzach arafatki. Nie chciało mi się z nią gadać, ale do dziś zastanawiam się co przykuło tak jej uwagę. Tłumaczę sobie, że język, ale chyba w mniej kosmopolitycznym Londynie, nikt nigdy się tak na mnie nie gapił. Po wejściu do hotelu prosimy naszą gospodynię o zamówienie taksówki. Siadamy sobie spokojnie i przez chwilę żegnamy się z tym śmiesznym, za dużym pokojem. Żal, że się już kończy kipi pod skórą, ale próbujemy być twardzi. W końcu gospodyni mówi, że już jest.

Sprawdzamy jeszcze, czy wszystko mamy. Babeczka życzy nam szczęśliwej podróży i mówi, że jakbyśmy mieli chętnych może zaoferować nocleg jeszcze taniej. Mruga okiem. Sami wiecie. Nieoficjalnie znaczy bez podatku. Jeszcze tylko ostatnie łypnięcie okiem na wycieraczkę à la Breaking bad. Jeszcze pomachać gospodyni w oknie i już mkniemy taryfą na to zabawne Ciampino. Ja skrycie liczę na zaliczenie jeszcze jednego zabytku. Przecież gdzieś po drodze na lotnisko muszą być gdzieś te tytaniczne mury które tak zawładnęły mną pierwszej nocy. Rozglądam się więc uważnie. Po prawej i po lewej raz po raz pojawiają się jakieś większe ruiny. Niektóre stoją nawet w parkach jak jakieś skalniaczki. Inne ciągnął się szpalerem wzdłuż trasy, ale nigdzie nie ma moich ogromnych błoni i wielkich skrzyżowań kurtyn. Wszystko to duże, a i owszem. Wszystko pewnikiem ogromnie stare. Ale nic nie zapiera tak tchu w piersiach.

Zabytki robią się coraz rzadsze. Wciskamy się w coraz ciaśniejsze uliczki przedmieść. Czyżby więc te wielkie, zachwycające mury które widziałem w nocy były tylko snem? Przedziwnym mirażem. Wybrykiem umysłu złaknionego wrażeń i bajkowych widoków.
Nie patrzę już za okna. Opieram się wygodnie i myślę sobie, że cała ta wycieczka była tylko snem. Snem o pięknym mieście. O przedziwnym świecie dawno upadłych cywilizacji. O cesarzach pięknych niczym bogowie i o żebrakach chytrych niczym lisy.

Niestety. Połykający wszystko i wszystkich Rzym budzi mnie zaraz lodowato trzeźwą ręką.

Wysiadamy na lotnisku. Trochę smutni, ale przede wszystkim szczęśliwi, że mamy jeszcze dużo czasu i możemy przycupnąć sobie przed tą całą odprawą.

Ni z tego ni z owego Hania pyta się mnie czy mam portfel. Klepie się po kieszeniach. Pusto. Faktycznie, wysiadając miałem wrażenie, że mi coś wypadło, ale celowo spojrzałem na siedzenie. Ani na nim, ani pod nim nic nie było.

Uznałem więc, że mi się zdawało. Hania jednak nie ustępuje. Gdzie masz portfel? Trzepie sakwy. Nic. Zaczyna mi się robić gorąco. W portfelu mam karty debetowe, a przede wszystkim dowód. Wprawdzie na karcie mam wklepany paszport. Więc niby odlecę, ale co do jasnej ciasnej mam robić? Z Anglii zgłaszać zagubienie dowodu we Włoszech!? Hania wypada na parking. Może wypadł mi po drodze! Niema! Ochroniarze nic nie widzieli! Ja dzwonie do gospodyni i proszę ją, żeby zadzwoniła do firmy taksówkarskiej, niech zawrócą taryfiarza! Zapewnia mnie, że to zrobi. Zaczyna się nerwowe czekanie. Czas do odlotu biegnie jak szalony, tymczasem SMSy od włoszki zapewniają jedynie, że firma stara się dodzwonić do taryfiarza. A jeśli taryfiarz jest przestępcą?! Jeśli spisze moje dane?! Weźmie na mnie kredyt w Euro?! Czarne myśli spadają na mnie jak sowy na śpiącego na obrazie Goi. W końcu nie wytrzymuje. Jeszcze raz dzwonie do Włoszki. Ta zapewnia mnie, że wszystko przekazała i sama czeka. Pikawa mało nie wyskoczy mi z piersi jak tłok w zarżniętym silniku.

Nagle (staliśmy przy wejściu), widzimy znajomy samochód, a w środku naszego taryfiarza! Auto mija nas bezceremonialnie i mknie w stronę wyjazdu z lotniska. Hania puszcza się za nim w pościg. Ja nie wiem co zrobić, no bo nasze walizy leżą samopas na posadzce. Jak je zostawię to zyskam dowód, a stracę całą resztę! Łapię je więc i lecę jak głupi przez parking.

Rzym
Teraz, pod szarym angielskim niebem jestem już pewny, że Rzym był mirażem.

Chłop szczęśliwie stanął na takich bramkach ochrony, przy wyjeździe z lotniska. Hania wrzeszczy. Gestykuluje. Taryfiarz, gapi się na nią jak na kosmitę i będąc przystojnym, wysokim mężczyzną w średnim wieku, ma minę „Ale ja nic nie zrobiłem. Nie bij!”. Jak się okazuje po angielsku rozumie tylko Yes i No. Szczęściem zaaferowany całą sprawą ochroniarz, wyszedł i stara się ustalić o co chodzi Hani. Ta powtarza bez przerwy „Lost walet! Lost walet! Back side!”.

Nigdy nie zapomnę miny taryfiarza, który po tłumaczeniach ochroniarza, w końcu wyszedł z wozu i kompletnie ogłupiały otworzył tylne drzwi. Patrzy, patrzy, aż w końcu wyciąga coś z… kieszonki w drzwiach! Miałem go w prawej kieszeni i siedziałem z prawej strony! Skubany, wyślizgnął mi się z kieszeni spodni prosto do kieszonki w drzwiach!

Chłop podnosi ten portfel i patrzy na niego, jakby to co najmniej był amulet ludów amazońskich. Wrzeszczę Tak! To mój! Dziękuję!

Wszyscy się cieszą! Taryfiarz, wciąż ogłupiały, ale uśmiechnięty wraca do swojego wozu. Ochroniarz się cieszy i życzy nam szczęśliwej drogi.

Wygląda na to, że nasz zabawny kierowca cały czas był na terenie lotniska i polował widać na jakiś kurs, a nie doczekawszy się postanowił wracać do miasta. Tylko czemu do cholery telefonu nie odbierał?! To, że postanowił wyjechać właśnie tędy i że Hania zdążyła go dopaść to był prawdziwy cud!
Z serca spadło nam piętnaście ton.

Idziemy do odprawy na nogach jak z waty. Wszystko nas bawi. Celnik na odprawie mówi mi. Pan ma butelki w torbie. Co? Ja? Butelki? Niemożliwe! Sięgam łapą do środka. Faktycznie. Są cztery flaszki likieru które kupiliśmy naszej angielskiej gospodyni, a o których… kompletnie zapomniałem. Bardziej zdziwiony, niż przestraszony, bo adrenalina portfelowa jeszcze trzyma wyciągam je i mówię, Mam tylko to. A! Likier! To może być! celnik puszcza oko z uśmiechem i pozwala nam iść. Ostatni z długiego szpaleru luźnych ochroniarzy.

W strefie bezcłowej jak zwykle jakieś zakupy dla angielskich sąsiadów, dla których coś, co nie ma procentów nie jest dobrą pamiątką. Jeszcze ostatnia, pożegnalna pizza (już wtedy miałem jej dość) i człapiemy do odprawy. Z pierwszeństwem wszystko idzie jak z płatka. Samolot jest trochę dalej, więc trzeba podjechać autobusem. Wsiadam do niego, odwracam się i poza ogromnym, odsłoniętym obszarem lotniska widzę przepiękne wzgórza Lacjum. Coś mnie w środku dotyka. Dotąd oglądałem zabytki, kamieniczki, uliczki, a tu przepiękny widok jak w Bieszczadach, tylko z podmiejskiego lotniska. Wzgórza zachwycają nas oboje i z miejsca zaczynamy snuć plany powrotu do Italii. Mediolan, czy Florencja. Mamy ze sobą przewodnik którego nie otworzyliśmy dotąd ani razu;P wyciągamy go teraz i czytamy sobie o niewidzianych jeszcze urokach Italii.

Tak mija nam lot. Na Stansted wysiadamy spokojni. Minęło już pożegnanie, a zaczął się etap wspomnień. Teraz, pod szarym angielskim niebem jestem już pewny, że Rzym był mirażem. Snem z którego w końcu przyszło się obudzić. Jednak jak w wielu opowieściach o nie do końca nierzeczywistych snach, coś w naszym świecie się zmieniło. Zamiast człowieka, odprawia nas komputer i to z prędkością błyskawicy. Wchodzisz do kabiny. Kładziesz paszport na czytniku, patrzysz w kamerkę i przechodzisz. Prawdziwe Gwiezdne Wojny. Ile my czasu spędziliśmy w tej Italii? Czy jak u Kirke każdy dzień liczył się za rok? A może za stulecie?

Nawet jeżeli tak było, to wcale nie żałuje. Trudno opisać jak wiele znaczyła dla nas ta podróż. Była nie tylko spełnieniem dziecięcych marzeń. Nie tylko wspaniałym odpoczynkiem (podczas którego nabawiłem się odcisków:) ale przede wszystkim pierwszym poważnym wyjazdem nie licząc Anglii. Pierwszą wycieczką w piękne miejsce na którą się zapracowało, którą się zaplanowało i dopięło na ostatni guzik. Po prostu jednym wielkim dowodem na to, że się da. Że można. Globus znowu jest tym, czym był w dzieciństwie. Teleportem o dotykowym interfejsie który przenosi cię w dowolne miejsce (tyle tylko, że nieco wolniej niż wtedy:)

Nic też dziwnego, że od tamtej pory wodzimy po nim paluchami znacznie częściej niż dotąd. System chyba się zawiesił, bo jeszcze nigdzie nas nie przeniosło, ale jakoś tak mi się wydaje, że to tylko kwestia czasu.

Do zobaczenia Gwiezdny Kowboju;*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *