Wyprawy

Rzymskie wakacje cz. 8 – Marek i Wielka Stopa

Przepłukując smak silnika wodą, wdrapujemy się na Kapitol, żeby powiedzieć „Hej” Markowi Aureliuszowi, który siedzi tam na koniu. Dla mniej zorientowanych, Marco Aurelio to ten siwy koleś, którego na początku Gladiatora syn dusi poduszką.

Pamiętacie, jak mówiłem, że pierwszej nocy „wessało mnie do Władcy pierścieni”? Teraz mam podobne wrażenie. Kojarzycie scenę w książce albo filmie, kiedy drużyna pierścienia przepływa między kolumnami królów w Argonath? To przy wejściu na Kapitol czujesz się podobnie, tylko posągi są dużo mniejsze. Mają tylko jakieś pięć metrów wysokości… same posągi, bo cokoły mają drugie tyle, no i rumaki, które trzymają marmurowi mężczyźni, też są dosyć spore. Za Chiny nie wiem co to za jedni, ale robią wrażenie. Za nimi pojawia się piękny placyk o płytach ułożonych w piękną elipsę, w której centrum stoi wspomniany Marek… heh Markomarek ;P (takie nawiązanie do wojen markomańskich;). Siedzi na koniu i wyciąga rękę w geście „Ave”, ale równie dobrze można to odebrać jako „Stój głupcze!” albo „Siema ludzie!”. Z trzech stron cesarza-brodacza stoją przepiękne pałacyki. To Muzea Kapitolińskie. W nich znajdują się te rzeźby, które przychodzą nam na myśl, gdy mówimy Rzym. Zastanawiając się, czy wejść podchodzimy do jednego ochroniarza i pytamy o cenę biletów. Ten podaje jakąś rozsądną liczbę, a ja na dziedzińcu za nim widzę łapę wielką jak ja sam. Stwierdzam więc, że po prostu muszę tam wejść. Okazuje się jednak, że zaczyna się od przeciwległego budynku, a przez dziedziniec z wielką łapą się wychodzi. Robimy w tył zwrot. Znowu odprawa jak na lotnisku, tylko maleńka. Jedna taśma, jeden skaner. Znowu mogę wejść z puszką coli w garści. Co tam, że piszczy! ;D

Wilczyca o psich oczach

Już dziedziniec robi ogromne wrażenie. Stoją tam potrzaskane fragmenty posągu Konstantyna (taka słynna głowa z wyłupiastymi oczami). Posąg w całości miałby dobre 20 metrów. Kostek wielkości bałuckiego bloku.

Czar antycznej rzeźby nie wymagają komentarza.

Przesuwamy się po przepięknych salach pełnych zjawiskowych rzeźb, starając się nie zachwycać nimi zbyt długo. Na każdą można by gapić się godzinami, a my chcemy jeszcze coś dzisiaj zrobić. Sunąc posadzkami, szukamy tej jedynej, która nie przedstawia człowieka, a przynajmniej nie człowiek jest tam najważniejszy. Nie, nie chodzi o wizerunek antycznego bóstwa, choć też zależy jak na to patrzeć.

Papieże, orły, Sokrates… w końcu jest. W przepięknej, zdobionej freskami sali, stoi ona: Wilczyca Kapitolińska – patrząc; na nas swoimi psimi oczami.
Rzeźba z V w. p.n.e., mimo pewnej stylizacji ma w sobie jakiś przedziwny realizm. Zaryzykuje nawet stwierdzenie, że jest może bardziej psia, niż ten piękny wilczur na Watykanie. Niemal czujesz jej szybki, gorący oddech. Aż chce się ją pogłaskać i powiedzieć „No maleńka! No maleńka! Masz śliczne dzieci! Śliczne! Tylko takie, mało wilcze. I właściwie to jakaś patologia chyba jest. Chyba powinienem wezwać policję i opiekę społeczną”. Lekki absurd przedstawienia i kilka wolnych sutków sprawia, że postanawiam udać, że podłączam się na trzeciego, czym wywołuje uśmiech u czekających na swoją kolej turystów.

Obleciawszy pierwszy budynek, wychodzimy na zewnątrz, żeby przejść do tego, gdzie był ten gigant.
Tym razem ochroniarz znowu nas zatrzymuje. „Do tego budynku wchodzi się podziemiami”. No to pięknie! Myślimy. Teraz pewnie nie wpuszczą nas z powrotem albo trzeba będzie kupić jeszcze raz bilety. Wchodzimy jednak raz jeszcze na „lotnisko” i z minami błagających psów pokazujemy obsłudze już wykorzystane bilety.
„Idźcie! Nie ma problemu!” mówią jak zwykle uśmiechnięci stróże. „No to może położymy nasze torby na skaner?” „Nie. Po co?! Idźcie przez bramkę!” Ta piszczy w najlepsze, ale mundurowi gorliwie machają na to ręką. Jak zwykle ubawieni taką sytuacją lecimy do podziemi, gdzie okazuje się jeszcze więcej monumentów niż dotąd.

To, co początkowo zdaje się piwnicą…okazuje się serią korytarzy i pawilonów, do których po części wpada światło słoneczne. Stoi tam inny, brązowy łeb Konstantyna (chyba jeszcze większy niż ten marmurowy na dziedzińcu) i oryginał Marka Aureliusza (na placu przed muzeum stoi widać kopia). Patrzę w zielono-złotą twarz cesarza i mam wrażenie, jakbym go znał. Nie wiem, czy kogoś mi przypominał, czy po prostu jego fizis wydała mi się sympatyczna. Chociażby na Watykanie widziałem kilku cesarzy i z ich ogolonych twarzy bije z reguły dostojeństwo, powaga i majestat. Marek, przy całej swojej powadze, ma jeszcze w twarzy jakąś ziomkowatość. To przede wszystkim koleś, z którym można i chciałoby się pogadać. Czyżby antyczny rzeźbiarz uchwycił filozoficzną naturę cesarza?

Obok w tym samym pawilonie stoi też monumentalna rzeźba konia, na którego rzucił się lew. Przedstawienie zwierzaków jest tak realistyczne, że widać nawet fałdy przegryzanej skóry. Cała grupa zachowała się w świetnym stanie z wyjątkiem „pyska” lwa, która, jest kompletnie wytarta powyżej nosa. Zupełnie jakby pokolenia poruszonych sceną widzów regularnie strzelały bestię z liścia (A aaa! Puść go!;)

Nie zadzieraj z Pergamonem

Żegnamy podziemia. Marmurowa klatka schodowa, której nie powstydziliby się Sforzowie, Borgowie, Medyceusze i Visconti razem wzięci (zwłaszcza że pewnie wszyscy tu bywali) prowadzi nas na parter kolejnego pałacu. Tu wita nas pięciometrowy chłop w greckiej zbroi. Spytacie kto to. Nie mam za Chiny pojęcia;P Czytać podpisy pod każdą rzeźbą w Rzymie, to jak zatrzymywać się trzy minuty przed każdym obrazem w Ermitażu – potrzeba by na to dwie trzecie holocenu;P Oczywiście przesadzam. Na pałac carów wystarczyłoby zaledwie jakieś osiem miesięcy. Na wszystkie rzeźby Rzymu może rok;)

A mówią, że rozmiar nie ma znaczenia;)

Nie mniej nie wiem, co to za jeden. Zwłaszcza że teraz patrzę na zdjęcie i chyba nie było tam żadnej tabliczki.
Wchodzimy do sali strzeżonej przez tego kolosa i widzimy innego marmurowego luda. Tym razem jest zupełnie normalnego wzrostu, a nawet trochę niski. Mało tego. Leży na boku i zwiesza głowę. Czyżby się skuł? Sobota trochę się przedłużyła? Było pępkowe? Parapetówa? Peerelowski wąs na twarzy delikwenta i nagi tors wskazują, że za kołnierz raczej nie wylewa.
Ale! Ale! Na szyi ma dziwny naszyjnik i jest cały goły. Czyżby ofiara homofobów po paradzie miłości? Ten wąs to trochę à la Freddy Mercury.

Niestety. Ani, ani. Ten zmęczony Pan to dosłownie i tzw. Umierający Gal. Część pomnika, który kazał zbudować w Pergamonie, król Attalos I po zwycięstwie nad Galatami czyli Galami-Celtami, żyjącymi… w Azji Mniejszej. Nie mylić z Ołtarzem Pergamońskim, który prawie cały znajduje się w Berlinie i został wzniesiony przez latorośl tegoż Attalosa, też po dokopaniu Galatom, tyle że parędziesiąt lat później.

Tak więc nasz niewylewający za kołnierz… a raczej za torques (celtycki naszyjnik druciany) delikwent umiera właśnie na polu bitwy zabity przez Pergamończyków. Siedzi sobie na tarczy, podpierając się prawą ręką. Nie wiadomo, czy próbuje wstać, czy tylko nie upaść. Jego napięta twarz i zamknięte oczy wyrażają walkę z zamroczeniem. Rzeźba tego nie oddaje, ale być może właśnie się wykrwawia. Chce nadal walczyć, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że to już koniec, ale pozbawione tlenu członki nie chcą się go słuchać.

Patrząc na niego, czujemy jednak, że zaraz się ocknie. Zda sobie sprawę, że już nie trzeba. Jego oczy za chwilę rozewrą się mętnie, odtwarzając zwiastun przeżytego życia. Westchnie raz jeszcze na widok ukochanych twarzy i dusza jego uleci na daleką Brasil, czy gdzie azjatyccy Celtowie posyłali swoich zmarłych.

Ciekawe, że rzeźby, które we Włoszech najbardziej mnie poruszyły, to rzeźby przedstawiające ludzi w chwili konania. No może z wyjątkiem Bruna, ale kto wie, może ta książka, nad którą duma na Campo di Fiori zaprowadziła go bezpośrednio na stos! Może to samo De revolutionibus! Nie przyjrzałem się.

Na Galu kończymy przygodę z Kapitolem. Postanawiamy iść dalej. Jest już południe, a my chcemy jeszcze zaliczyć Usta Prawdy (jak by to nie brzmiało;). Wychodzimy przez piękny dziedziniec drugiego pałacu i tu spotykam właściciela monstrualnej ręki, która zachęciła mnie do zwiedzenia Kapitolu. Znowu nie wiem co to za jeden. Biorąc pod uwagę, że leży i jest fontanną, to pewnie jakiś Tyber, czy jego płynny kolega. Myślę, gdyby wstał, miałby dyszkę, bo sam jego goleń był mojego wzrostu. Robimy sobie przy nim zdjęcia z zapałem dziennikarzy śledczych, ale muszę przyznać, że pozowanie wywołuje u mnie lekki dreszczyk. Niby wiesz, że to tylko kamień który twój mózg, interpretuje jako człowieka, ale myśl, że skurczybyk mogłyby się odwrócić i powiedzieć „Należy się 5 euro”, trochę mrozi. I co by było, gdyby się połapał, że mam tylko dwudziestki?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *