Wyprawy

Rzymskie wakacje cz. 3 – Watykan i szept Św. Krzysztofa

Dzień drugi oznacza kolejny wykupiony i ściśle oznaczony punkt na naszej trasie – Watykan. Bilety do Muzeów mamy na 11.30, ale wychodzimy przed dziewiątą zachęceni uwagą naszej gospodyni że „Tu są Włochy. Tu nikt się nie przejmuje”:D

Kierunku nie trzeba nawet sprawdzać na mapie. Wielka Kopuła Bazyliki nas prowadzi. Skręcamy z głównej ulicy i naszym oczom ukazuje się charakterystyczna biała kolumnada. Wchodząc w jej cień, znowu plączą się po głowie jakieś giganty i pradawne cywilizacje. Za to, gdy wychodzę na plac z moich ust padają dwa zdania, które będą ze mną we Włoszech wiele razy: „K… ale to jest wielkie! K… ale to jest piękne!” Po prostu nie mogę tego wyrazić. Łażę po tym placu z bananem na ustach i co kilka sekund nie mogę uwierzyć w to co widzę. Podobnie jak w przypadku Ołtarza Ojczyzny; żadna, ale to żadna fotka nie jest w stanie tego oddać. Zapomnijcie wszystko co widzieliście w dziennikach, filmach i na pocztówkach. Oryginał bije je wszystkie na głowę.

Robimy fotki jedną za drugą. Hania odkrywa w naszych telefonach funkcje panoramy, przez co możemy choć trochę oddać majestat tego miejsca. Jako, że mamy aparat z zoomem optycznym, postanawiam cyknąć jakiegoś Świętego na kolumnadzie. Wiadomo, w komórce zoom łączy się ze spadkiem jakości. Cykam pierwszego z brzegu i przypominam sobie, że przecież gdzieś wśród tych 140 figur jest Polak – Św. Jacek Odrowąż. Dominikanin namalowany przez El Greca, to mój ulubiony polski święty, choć może po prostu tego znam lepiej od innych. Jego przepiękny relikwiarz stoi w jednym z najładniejszych krakowskich kościołów – Św. Trójcy.

„Ciekawe który to?” – myślę – „Muszę sprawdzić jak wrócę do domu”.

Kolumnada wokół placu Św. Piotra stwarza wrażenie pradawnych konstrukcji gigantów.

Ruszam wraz z Hanią w stronę przeciwległej kolumnady za którą wita nas osławiony Passetto di Borgo, czyli tunel łączący Watykan z zamkiem Św. Anioła. U jego podnóża cała masa sklepów z dewocjonaliami. Hania przypomina sobie, że ma przywieźć jednej koleżance jakiś przedmiot kultu, ale nie różaniec. Starając się uczynić zadość tak precyzyjniej prośbie, wchodzimy do małego pasażu z dewocjonaliami. Krzyże, matki boskie, medaliki, srebrne ikony i oczywiście papierze we wszystkich stanach skupienia. Papież na kalendarzu, papież na koszulce, papież na kubku, papież na długopisie, a nawet papież kiwający łebkiem jak samochodowy piesek. To wszystko zalega kilka kolejnych straganów, napełniając nas zgrozą.

Nagle w tym morzu badziewia dostrzegam stojak z magnesami na lodówkę, a na nim całą jedną ściankę pokrywają magnesy w kształcie… świętych!. Każdy święty został wymodelowany z glinki w formie lekko wypukłej płaskorzeźby. Styl nienachalny, a jednocześnie zabawnie dziecinny. Nie mogąc oprzeć się ich urokowi pytam sprzedawczynie, który święty będzie właściwy dla pracownika obsługi. Babka mówi, że sprawdzi. Tymczasem rozmawiamy czy wziąć go czy nie; Hania nie jest całkiem przekonana i martwi się, że magnes wyda się koleżance zbyt infantylny. Ja argumentuje, że przecież nie dostaliśmy ścisłych wytycznych i kiedy tak rozmawiamy zupełnie bezwiednie łapię za jeden magnes przy krawędzi blachy. Nawet na niego nie spojrzałem. Na to zza moich pleców wychodzi sprzedawczyni i mówi z uśmiechem: „Bardzo dobrze Pan wybrał! Św. Krzysztof będzie najlepszy” – patrze na magnes – trzymam w ręku Świętego Krzysztofa! Wszelkie wątpliwości znikają. Widać Bóg chce żebyśmy kupili jej właśnie jego:D

Habemus pizza

Ruszamy dalej, bo chcemy wejść do muzeów jak najwcześniej. Wiem z doświadczenia jak kiepsko zwiedza się cokolwiek popołudniem, kiedy jest się już zmęczonym.

Zewsząd atakują nas nagabywacze, którzy na Watykanie są chyba najgorsi. Kijki do selfie, kwiatki, chustki, kapelusze, butelki z wodą (dostępną za darmo w fontannach); wszystko to kosztuje wielokrotność normalnej ceny. Nauczeni przypadkiem legionisty nawet nie reagujemy. Najdrobniejszy komentarz czy przydługie spojrzenie działa na nich jak krew na rekina. Kijem ich nie odgonisz. Idziemy więc ślepo przed siebie robiąc czasem zdjęcia. W końcu za którymś zakrętem widzimy kolejkę po horyzont. Ale przecież mamy wykupione bilety. Jak wczoraj magiczna bramka się otwiera i idziemy chyba z kilometr mijając znudzone lolity w szpilkach i beznamiętnych Latynosów. Jak królowie dochodzimy do czoła kolejki, gdzie przystojny ochroniarz z kluczami i tiarą na ramieniu bierze nasz wydrukowany bilet. „Macie bilet na 11.30. Jest 10.00. Wróćcie za godzinę”.

Fanta we Włoszek jest wielkości puszki piwa. Może to dziwić, ale w tym zabójczym klimacie naprawdę się sprawdza.

Eee?!.. Widać nie każdy Włoch się „nie przejmuje”. Zdziwieni wychodzimy z kolejki zastanawiając się co teraz zrobić. Godzina to dużo i mało zarazem. W końcu postanawiamy poszukać knajpki z Panini, którą Hania wynalazła na jakiejś stronie z przysmakami. Niestety, w tym pięknym kraju nie działa nam mobilny internet. Mamy więc adres i ogólną mapkę na stronie otworzoną jeszcze w hotelu. Ruszamy. Via Degli Scipioni, Via Germanico, Via Vespasiano. Czujesz się jakbyś cofnął się o dwa tysiąclecia. Tymczasem naszej… Nima! Powinna być za rogiem! Nie, to Via Leone IV. Pytamy Włocha. Ni w ząb po angielsku. Pokazujemy mu adres na komórce. Si, Si! Tłumaczy nam w mowie Wergiliusza i o dziwo wszystko rozumiemy. Idę za jego wskazówkami… no może nie wszystko. Znowu jakaś inna! W tym upale niemal słyszymy jak nasze szare komórki spisują testament. „Całą naszą insulinę zapisujemy trzustce”

Tu też jest mnóstwo nagabywaczy, ale takich bardziej oficjalnych. Ich głównym zadaniem jest wskazanie ludziom drogi na Watykan. Co chwila więc słyszymy „Na Watykan? To nie w te stronę! Musicie iść tam i tam!” Przy którymś z kolei łamie żelazną zasadę niereagowania i mówię jak chłop krowie na rowie „Nie idziemy na Watykan! Szukamy restauracji!” „Jedzenie? A to tu jest świetna knajpa” i prowadzi nas w jeszcze inną stronę. Ja czerwienieje z wściekłości. Hania w przypływie rozsądku, po prostu ciągnie mnie za rękę w przeciwną stronę. Idąc za nią słyszę za plecami rechot innych nagabywaczy. Nasz pożal się boże przewodnik chyba nie zauważył, że daliśmy dyla:)

W końcu znajdujemy ulicę, a na niej wciśniętą między kamieniczki naszą paninkarnie. Kryjemy się w jej cieniu, jak tonący za burtą statku. Buongiorno! Dwóch uśmiechniętych Włochów wita nas zza lady wypełnionej smakołykami. Zamawiam wielką paninę z salami, a Hania chyba z mozzarellą. Nawadniamy się fantą (mają tu jej puchy, wielkie jak puchy piwa) i uspokojeni idziemy w stronę Muzeów. Oczywiście okazuje się, że znając drogę można tam dojść w dziesięć min. Dochodzi 11.00, więc mamy jeszcze trochę czasu. Po prawej stronie mijamy knajpę o jakże watykańskiej nazwie „Habemus Pizza”.

Przemienienie Pańskie – nie dla każdego

Tym razem święty ochroniarz nie robi problemów. Na siłę wpycham sobie resztki paninki do ust, żeby nie wchodzić z jedzeniem. W środku obłęd… wejście przypomina raczej odprawę bagażową na lotnisku, niż muzeum. Oczywiście tłumy jak na Stansted przed wylotem. Kładziemy na taśmie

do prześwietlania bagażu nasze klamoty, ale w ręku zostaje mi jeszcze papierek po panini i puszka (nigdzie nie ma koszy). Pokazuje je ochroniarzowi, a ten macha ręką żebym z tym szedł. Przechodzę przez wykrywacz metalu. Oczywiście piszczy. Znowu patrze na ochroniarza „Idź! Idź!” mówią jego ręce. Kocham włoski sposób bycia!

Niestety fotki robione wewnątrz Muzeów wyszły nam kiepsko, dlatego Caravagia przytaczamy za Wikipedią https://pl.wikipedia.org/wiki/Z%C5%82o%C5%BCenie_do_grobu_(obraz_Caravaggia)

Lotnisko nie znika. W środku kolejne bramki i ruchome schody. Na szczęście są i kosze. Wreszcie dochodzimy do jakiegoś znaku. Wymienionych jest może dwadzieścia różnych galerii, z których kojarzę jedną – Pinakotekę. Walimy więc tam. Wchodzimy wyjściem, bo przy wejściu kłębią się tłumy, ale nikomu to nie przeszkadza. W środku Bernini, Caravaggio, Rafael. I mnóstwo obrazów które urzekają, a ich wcześniej nie widziałem. Pierwszy, to wiszące koło Złożenia do grobu Caravaggia (chyba pierwszy obraz 3D na świecie) Zaparcie się Św. Piotra, nie wiem jakiego autora, bo nie mogę dojrzeć na zdjęciu tabliczki;) (jest tam tylko że wypożyczone z jakiegoś pensjonatu Saracenów;| ). Kolejny to Św. Jerzy zabijający smoka niejakiego Parisa Bordonea. Niesamowity obraz. W zupełnie spokojnej, milczącej twarzy Św. Jerzego autor oddał tyle gniewu i furii, że aż żal ci smoka. „Co ty rycerzu? Ja tylko wodę pije!” No dobra, przy smoku leży rozczłonkowany człowiek, ale i tak Jerzy zdaje się być czarniejszym charakterem.

Za to Ukazanie się Cnoty Cesarzowi Augustowi niejakiego Il Garofalo (kurde, może to nie są autorzy), wywołało u mnie salwę śmiechu. Cnota jest tam tak trupio blada i ma tak niewyraźne spojrzenie, że masz wrażenie, że za chwile przyozdobi szubę Augusta kolorowym pawiem:D

Następna sala Leonardo da Vinci, a dalej „Przemienienie pańskie” Rafaela… Drzwi zamknięte. Ale ludzie w środku są, może trzeba z innej strony. Obeszliśmy całą wystawę dookoła. Nic. Pytamy obsługi. Rafael i da Vinci są zamknięci bo jest tam jakiś event. Nie!!! Krzyczymy. Rwiemy sobie włosy z głów. Hania bierze trzynastowieczną rzeźbę i wali się nią po głowie… a przynajmniej w tej chwili chcemy to zrobić. Z bólem serca opuszczamy Pinakotekę (naturalnie wejściem) i postanawiamy odsapnąć na kawce, zanim w tym gąszczu wystaw odnajdziemy głównego bohatera naszej dzisiejszej wycieczki – Grupę Laokona!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *