Fontanna przy 79 Via Bocca di Leone w Rzymie
Wyprawy

Rzymskie wakacje cz. 1

Pisze ten list leżąc w pokoju z widokiem na Bazylikę Św. Piotra. Jest ona tak blisko że gdyby nie potężne mury Watykanu mógłbym dobiec do niej i krzyknąć „Berek!” w czasie krótszym niż pięć minut. Formalnie rzecz ujmując sam jestem na Watykanie bo jak dobrze zrozumiałem taksówkarza i naszą gospodynie, to tak nazywa się cała dzielnica.

Jednak zanim dotarłem do tego raju na ziemi, przeszedłem czyściec, jeśli nie piekło.

Na początku niedziela w Slough minęła pod znakiem upału i orzącego mózg hip-hopu dochodzącego od sąsiada (miał urodziny… poprzedniego dnia). Następnie w drodze na lotnisko zgasł nam samochód. Znajomy co nas wiózł mówi „Zgasł mi”. Ja myślałem że on żartuje, bo nie zwalnialiśmy, ale patrze na obroty, a tam zero. Dopiero zdałem sobie sprawę że jedziemy z górki i dlatego się nie zatrzymujemy. Stanął otworzył maskę i patrzy. Hania mówi „Może dojdziemy na pieszo”. Zaczynam się pocić. Patrze na Sławka. Duma, duma i nic nie robi. Myślę sobie: „Trzeba działać. To nic, że nie masz o tym pojęcia. Jesteś synem mechanika!”. Otwieram drzwi i w tym momencie Sławek zamyka maskę (nawet niczego tam nie dotknął!). Wsiadł i mówi „Zobaczymy. Może zapali”. Przekręcił. Silnik jęczy, jęczy. Jest! Zapalił! Szczęśliwi pędzimy przed siebie.

Na lotnisku ludzi więcej niż w niedzielę w supermarkecie. Jak latam takich tłumów nie widziałem. Na odprawie bagażowej. chłop drze się, że jedna osoba może przewieźć tylko jedną torebkę kosmetyków (takie specjalne torebki trzeba mieć). Wyrzucamy połowę rzeczy, trudno, ale pomimo to przechodzimy przez bramki szybko i gładko. Strefa bezcłowa cała zawalona ludźmi. Normalnie noża nie ma gdzie wcisnąć. Mimo to trafiamy całkiem niezłe miejsca w przytulnej paninkarni (trzeba zrobić sobie włoski klimat). Już w drodze do bramek ścigają nas z głośników komunikaty „Lot do Hamburga, odwołany!”, „Lot do Dublina, odwołany!” Słuchamy tego z ogromną rezerwą nie wierząc, że nas też może to spotkać. W końcu znajdujemy odpowiednią bramkę. Długi szpaler Włochów rozmawia żywo i gestykuluje. Nagle padają zrozumiałe słowa „Przepraszam. Widzę że Państwo Polacy. Zostały mi funty. Nie mieliby Państwo wymienić na euro”. Nie mamy. Polka, na oko czterdzieści lat, z małym synkiem też jedzie do Rzymu. Tylko że ona wraca z wycieczki. Skarży się że we Włoszech nie ma pracy i jest coraz drożej.

Nagle pada komunikat i kolejka na lot do Krakowa rozpływa się jak upuszczona ciecz nieniutonowska. Mijają nas szpalerem rozwścieczeni Polacy. Myślmy w duchu, że nas nie może to spotkać, bo przecież jesteśmy pod szczególną opieką boską;)

Stoimy na samym końcu kolejki z wykupionym pierwszeństwem wejścia na pokład. Tych którzy nie wykupili jest może jedna trzecia. Rozmyślamy nad losowością korzystania z takich usług, kiedy z głośników pada komunikat „Lot FR3004…” O cholera! To nasz! „… do Rzymu, zostaje przesunięty na godzinę 21.50”

W pułapce terminala

Przerażeni biegniemy do obsługi. Ci umywają ręce „Nic nie wiemy, trzeba pozostać na terenie terminalu i słuchać komunikatów”.

Starając się nie poddawać przygnębieniu rozglądamy się za miejscem do siedzenia. Znajdujemy go na szarym końcu terminala przy pustej bramce. Zaczyna się nerwówa. Wsłuchujemy się w każdy bełkotliwy komunikat przywołujący na myśl „Misia” i specjalnie wkładane do ust kluski żeby było niewyraźnie. Instynktownie trzymamy się też Włochów z naszego lotu. A może oni zrozumieją coś więcej niż my.

Tymczasem loty jeden za drugim rozmywają się jak kamfora. Terminal zaczyna przypominać scenerie westernu Opuszczone miasto, ostatni sprawiedliwy i piękna wybranka jego serca. Brakuje tylko toczonego przez wiatr krzaka.

Nagle do „naszej” bramki, tzn. tej przy której aktualnie chodzimy, podchodzi kobieta z obsługi. Zapala się tablica. Lot do Porto 20.50. Jest ledwo ósma, ale już zaczynają schodzić się Portugalczycy. Kolejka rośnie z każdą minutą. Zeszło się ich może trzydziestu… Trach! „Lot do Porto przeniesiony na godzinę 11.45”

JEST! Polsko-zwyczajnoludzka wredota każe nam cieszyć się, że są na tym padole łez bardziej przegrani od nas (nas przenieśli na 21.50).

W końcu nie możemy już wysiedzieć. Niepewność pcha nas do przodu. Każe przebierać nogami, dając iluzje podróżowania.

Podchodzimy do punktu obsługi. Mamy wykupioną podwózkę z lotniska do hotelu. Wykupiliśmy ją na stronie Ryanair, a nie mamy żadnego kontaktu z kierowcą (na stronie nic takiego nie było).

Świński blondyn o nieprzyzwoicie brytyjskim akcencie tłumaczy cierpliwie, że kierowca będzie czekał do godziny, a jak odjedzie to zwrócą nam pieniądze. Trudno. Najwyżej weźmiemy taryfę.

Człapiemy dalej opuszczonym terminalem, kiedy nagle pojawia się przed nami ludna kolejka. Pokrzepieni, że ktoś jednak lata na tym łez padole patrzymy z ciekawością na tablice.

„Lot FR3004 do Rzymu 19.45” Przecieram oczy ze zdumienia. Tablica nie znika. Podchodzę do obsługi. „Tak to bramka na lot do Rzymu. Otwieramy za chwile.”

Lecimy na koniec kolejki. Nie wszyscy się zebrali. Jesteśmy na czele stawki! Niema jeszcze dziewiątej. Może zdążymy na kierowce. Ucieszeni jak dzieci paplamy jakieś bzdury. Przewracamy swoje walizki na Włochów, którzy też się śmieją i odpowiadają „No problem” z akcentem pachnącym bazylią. W kolejce bez pierwszeństwa widzę znajomą twarz. Zachodzę w głowę kto to i w miare jak się przypatruje stwierdzam że to hollywoodzka aktorka. Za cholery nie wiem jak się nazywała, ale gdzieś na bank ją widziałem. Musze kiedyś przekopać filmweb i się upewnić. Jeśli nawet to nie była ona, to była bardzo podobna.

Nagle kolejka rusza. Kobitki na bramkach niemal nie patrzą na paszporty, więc idzie jak burza. Ledwo minąłem odprawę. Dzwoni telefon. Parze na wyświetlacz. Nr ani polski, ani angielski. „Oho.” myślę „Chyba wiem kto”

„Good evening! Jestem kierowcą który ma was odebrać na Ciampino” „Fajnie. My właśnie wchodzimy na pokład” „Co?! Dlaczego mnie nie uprzedziłeś, że lot jest opóźniony! Bla Bla Bla!”

Tu pada kompletnie niezrozumiała mieszanka angielskiego i włoskiego. „Czyli będziesz na nas czekał na lotnisku?” pytam kiedy następuje chwila ciszy „Nie wiem bo to strasznie późno. Było mnie uprzedzić” Trzask!

Patrze na Hanie i nie wiem czy mam być zły, czy się śmiać. Jak miałem uprzedzić kierowce do którego nie miałem nr? Przez stronę Ryanair, którego samolot się opóźnił i który przecież płaci temu kierowcy?

Macham na niego ręką i ide do samolotu. W drzwiach wita nas stary, brzydki i łysy Włoch o wyglądzie programisty. Rozsiadamy się w fotelach i następuje odwieczny show stewardess demonstrujący jak zapinać pasy i którędy uciekać w razie katastrofy. Patrze na łysego Włocha i mam wrażenie, że tańczy makarenę. Wtedy tego nie wiem, ale kompletny luz, graniczący z lekceważeniem, będzie nam towarzyszył podczas całej tej poroży. Zupełnie niepolski i nieangielski styl bycia, który mógłbym oglądać godzinami.

Na italskiej ziemi

Nagle uświadamiam sobie że lądujemy. Nie spałem przecież. Wszystko pamiętam. Tylko co działo się w ciągu lotu? Widok za oknem z mrocznej otchłani znów zmienia się w czarny aksamit wyszywany złotem.

Odprawa paszportowa przypomina kupowanie zapałek. Celnik zamiast srożyć się jak Polak, lub puszyć jak Anglik, po prostu się uśmiecha, jakby chciał powiedzieć „Fajnie że do nas przyjechałeś”. Dwa kroki i sala przylotów (to Ciampino jest tak małe, że aż ładne). Wzdrygam się na chwile na myśl, że za drzwiami czeka na mnie od dwóch godzin wkurzony jak osa kierowca. Do kupy są tam trzy osoby. Jeden trzyma kartkę, ale nie z moim nazwiskiem. Oddycham z ulgą.

Widok na Bazylikę Św. Piotra z hotelowego okna może spędzić sen z powiek po najcięższym dniu.

Wychodzimy na parking. To już Rzym, ale kompletnie to do nas nie dociera. Podchodzą taksówkarze. Jasne, że potrzebujemy. Jest ich trzech więc postanawiają podzielić się pasażerami z tego lotu. Chodzą i wypytują o adresy. Stoimy jak w pół śnie, częściowo naprawdę przysypiając, a częściowo jak pragnący wody wypatrując czegoś co zapewni nas, że to już. Antycznego posągu, wieńca laurowego na głowie taksówkarza, chociaż przechodnia jedzącego spaghetti. Niestety, na razie musi nas zadowolić przepiękna i jakże rytmiczna mowa Petrarki.

Wciskamy się w taryfę z jeszcze jedną parą włochów. Pytamy o cenę. „Thirty” Wow! 30 eruasów! O połowę mniej niż u kierowcy Ryanaira! Ugraliśmy!

Ruszamy. Taksówka mknie ciemnymi podmiejskimi uliczkami. Latarnie, domy, skrzyżowania, wszystko wygląda niemal jak w Polsce i gdyby nie nieco odmienny styl znaków drogowych, mógłbym pomyśleć, że pomyliłem loty.

Miasto jednak szybko rozwiewa moje wątpliwości. Oto z mroku wyłaniają się mury aureliańskie onieśmielając swoim ogromem. Myślę sobie, że gdyby w którymkolwiek z polskich miast zachowały się takie fortyfikacje to byłyby uwzględniane w czołówce najważniejszych zabytków w kraju. Te zaś są przecież położoną na uboczu trzeciorzędną atrakcją, rzadko wymienianą w przewodnikach. A przy tym są od Polski niemal dwa razy starsze!

Wysoka na czterdzieści metrów kurtyna z płaskiej cegły, nagle ucieka gdzieś w bok, roztaczając przed nami widok na szerokie błonia, gdzie podświetlone tysiącem halogenów piętrzą się ruiny… no właśnie? Czego? Nie mam pojęcia, co to było. Fort? Skrzyżowanie kurtyn? Nie umiem powiedzieć, ale jeśli miałbym Wam przybliżyć swoje wrażenie to spytałbym: Czuliście się kiedyś jakby Was wessało do Władcy Pierścieni? Nie umiem tego oddać. Oszołomienie ogromem i czająca się w moim dwudziestowiecznym sercu, myśl, że to musieli wznieść jacyś giganci, bo żaden człowiek nie byłby w stanie zbudować czegoś takiego.

Zamek Św. Anioła robi nocą magiczne wrażenie. Wyludnione ulice i pusty most tworzą krajobraz jak ze snu.

Jednak taksówka niemiłosiernie mknie przed siebie, wstrzykując nas w coraz węższe uliczki barokowego miasta. Świątynie, choć monumentalne, nie robią takiego wrażenia, bo przecież barok jest mi dobrze znany. O! Między kamieniczkami mignął mi Zamek Św. Anioła. Szkoda, że nie zdążyłem zrobić zdjęcia. Ta myśl nie zdąży zabrzmieć w mojej głowie, kiedy wjeżdżamy na most Wiktora Emanuela II i papieskie refugium pyszni się nagle flankowane marmurowymi figurami wojowników. Wzdychamy jeszcze z zachwytu, kiedy nasz samochód znika w tunelu. Jeszcze dwie przecznice. Wysiadamy. Taksówkarz wypakowuje bambetle. „Grazie mile”. Żegnamy się, on rusza i… uświadamiam sobie, że nie mam telefonu! Nerwowe trzepanie kieszeni. Patrze za nim. Już pojechał. Biegnę jak głupi pustą ulicą, kiedy dochodzi mnie głos Hani. Jest! Był w torbie. Tym razem był…

Uspokojeni bierzemy rzeczy. Rozglądamy się w poszukiwaniu budynku i oto w dole ulicy widzimy ją… oświetlona pięknym złotym światłem piętrzy się Bazylika Św. Piotra.

Zbyt zmęczeni żeby rozkoszować się tym widokiem człapiemy do naszego hotelu, który okazuje się być obszernym mieszkaniem w kamienicy w którym właścicielka otwiera pokoje. Drzwi otwiera nam sympatyczna, na oko dwudziestopięcioletnia Włoszka. Czarne krótkie włosy i czarne grube oprawki. Uśmiech od ucha do ucha i strój na luzie. Wchodząc do mieszkania mijamy wycieraczkę z podobizną Heisenberga i cytatem „I’m this one who knocks”.

Pokój jest przestronny, o dziwo trzyosobowy (gospodyni to nie przeszkadza) z szafą na całą wielką ścianę i ścianami udekorowanymi rysunkami ludzików ze starych gier wideo. Zabawnie i przytulnie. Krótka pogadanka. Babeczka zapowiada, że jutro dłużej pogadamy i zostawia nas w spokoju.

„Wszystkiego najlepszego” Hania cieszy się, że jest pierwsza. Patrze na zegarek. Dochodzi druga w nocy. Faktycznie mam już urodziny.

Widok Heisenberga sprawia, że od razu jest nam milej:)

Mimo zmęczenia długo nie możemy zasnąć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *